Polska pomoc

Dlaczego pomagamy? O motywacjach i znaczeniu polskiej pomocy rozwojowej

Każdy, kto choć raz wrzucił pieniądze do puszki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy lub kupił bułkę bezdomnemu, wie, że pomaganie przynosi korzyści nie tylko obdarowanemu, ale też obdarowującemu. Czujemy się lepsi, mamy poczucie spełnionej powinności, wierzymy, że dobro w tej czy innej postaci kiedyś do nas wróci. Nie inaczej jest z udzielaniem pomocy przez państwa.

Celem przekazywania oficjalnej pomocy rozwojowej (ang. Official Development Assistance, ODA) jest walka z ubóstwem i nierównościami oraz tworzenie warunków do zrównoważonego rozwoju gospodarczego najbiedniejszych państw świata. Jednak udzielając wsparcia innym, donatorzy pomagają też sobie.

W czasie zimnej wojny ZSRR wspierał pomocą gospodarczą „bratnie” kraje socjalistyczne, tak samo jak USA wspierały te, które stawiały odpór komunistycznej ofensywie. Unia Europejska udziela pomocy, by zwiększać zasięg świata, jaki znamy – demokratycznego, otwartego i pokojowego. Dzięki temu możemy nie tylko inspirować liberalizację gospodarek, wzmocnienie rządów prawa i demokrację, ale też zapewniać stabilność i minimalizować ryzyko masowej migracji. Chiny udzielają ogromnych kredytów na inwestycje infrastrukturalne w Azji i Afryce w ramach swojej inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku – nie tylko po to, by wykorzystać nadprodukcję krajową, ale też, by zwiększyć wpływy polityczne w kolejnych regionach świata. Co więcej, same kraje rozwijające się nie chcą otrzymywać pomocy rozumianej jako jałmużna czy działalność charytatywna bogatych społeczeństw, ale jako inwestycja we wspólną przyszłość.

Dobrze motywacje pomagania wyjaśniła Marcela Escobari, wieloletnia ekspertka amerykańskiej agencji pomocowej „US Aid”, odpowiadając prezydentowi Donaldowi Trumpowi, który w 2017 r. chciał obciąć budżet na pomoc zagraniczną o 37%. Argumentował wtedy, że nie umie wytłumaczyć zwykłej rodzinie z Grand Rapids w Michigan, dlaczego ich podatki mają iść na wsparcie ludzi w odległych krajach. Pani Escobari przedstawiła długą listę korzyści dla USA (m.in. wpływ na stabilizację krajów sąsiednich, ograniczanie przestępczości, tworzenie rynku dla amerykańskiego eksportu), aby w końcu podsumować:

„Zwracam się do rodziny w Grand Rapids: wiedzcie, że pomoc zagraniczna pomaga zapewnić wam bezpieczeństwo i rozwiązywać skomplikowane problemy u ich źródeł. […] Nawet jeśli nie uważacie, że wydawanie amerykańskich podatków na pomoc w Ameryce Centralnej jest naszym moralnym obowiązkiem, to z całą pewnością jest to po prostu w naszym najlepszym interesie”.

Polska przekazała w 2018 r. na oficjalną pomoc rozwojową ponad 2,75 mld zł, czyli nieco więcej, niż wynosi np. budżet Białegostoku. To dużo czy mało? Wielu, podobnie jak rodzina z Grand Rapids, będzie mieć wątpliwości, czy tych pieniędzy nie można wykorzystać lepiej, kiedy także w Polsce wiele spraw wymaga poprawy i cierpi na niedostatek funduszy. Tym, którzy uważają, że Polska wydaje na pomoc zbyt dużo, warto przypomnieć, że zdecydowana większość tej sumy (69% i 1,88 mld zł w 2018 r.) to pomoc wielostronna, a przede wszystkim to po prostu część obowiązkowych wpłat w ramach Unii Europejskiej. Także dzięki temu Unia jest największym na świecie dawcą pomocy rozwojowej. Wnosząc składki do wspólnego budżetu Polska ma też wpływ na to jak te środki są wydawane. Z kolei pomoc dwustronna, czyli środki, o których przeznaczeniu decyduje samodzielnie polski rząd, wyniosły w 2018 r. 876 mln zł.

Ci z kolei, którzy uważają, że pomoc Polski jest raczej zbyt mała, też mają kilka argumentów. Wydatki na ODA stanowią jedynie 0,14% polskiego PKB, co jest jednym z gorszych wyników w stosunku do wielkości gospodarki spośród wszystkich członków Unii Europejskiej. To też znacznie poniżej wskaźnika 0,33% PKB, do którego zobowiązaliśmy się w ramach UE. To w końcu niewiele jak na kraj, który należy przecież – o czym łatwo zapominamy – do najbogatszych i najbardziej rozwiniętych na świecie.

W 2018 r. Polska była 23. największą gospodarką globu i zajmowała 33. miejsce pod względem wieloaspektowego wskaźnika badającego poziom rozwoju społeczno-gospodarczego (Human Development Index). Oznacza to, że w pozostałych 156 państwach świata warunki do życia są trudniejsze niż w Polsce. Często dużo trudniejsze. Dla większości światowej populacji, jak informowała kampania ONZ już w 2005 r., rzeczywiście „Polska jest rajem”. Dawniej, kiedy podróż z Europy do Ameryki trwała wiele tygodni, a informacje przemieszczały się prawie tak wolno jak ludzie, bieda, konflikty czy katastrofy w odległych miejscach świata nie musiały nas zbytnio interesować. Dziś, w erze Internetu, telewizji informacyjnych, samolotów i masowych migracji, zagrożenia nie mają granic. Niestabilność polityczna i bieda są źródłami nie tylko migracji, ale też kryzysów humanitarnych, terroryzmu, handlu narkotykami i bronią – niezależnie jak daleko od granic Europy, wyzwania te dotykają także nas. Stąd Unia Europejska planuje zwiększyć nakłady na ODA w nowym budżecie po 2020 r. o 23 mld euro, a USA przyjęły ostatecznie ustawę o przekazaniu dodatkowych 60 mld dolarów na budowę infrastruktury w krajach biednych. W dzisiejszym zglobalizowanym i współzależnym świecie pomoc jest postrzegana jak inwestycja.

Ale jakie konkretnie korzyści z takiej inwestycji odnosi Polska?

Prawdopodobnie także dzięki 172 mln złotych, jakie wydała w 2017 r. na pomoc humanitarną, mniej uchodźców z Bliskiego Wschodu stara się dotrzeć dziś do Europy. Z pieniędzy tych Polska wspiera programy pomocowe UE i agend ONZ dla Syryjczyków w Syrii, Iraku czy Libanie, a także działalność polskich organizacji humanitarnych. Tylko jedna z nich – Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej – dzięki grantom rządowym zapewniła w 2017 r. dach nad głową dla ponad 15 tysięcy uchodźców w Libanie i dostarczyła pomoc medyczną dla kolejnych ponad 10 tysięcy ludzi w obozach. Niemal 300 mln zł, które Polska przeznacza na pomoc stypendialną dla obcokrajowców, pozwala na podjęcie studiów na naszych uniwersytetach tysiącom młodych ludzi z kilkudziesięciu państw. W ten sposób powstaje znaczna grupa przyszłych „ambasadorów Polski” – osób znających nasz kraj i tworzących sieć kontaktów, które przydadzą się we współpracy gospodarczej czy politycznej.

Polska wspiera też społeczeństwo obywatelskie i tworzy przyjazne Polsce elity w krajach Partnerstwa Wschodniego. Promuje tam też rozwój prywatnej przedsiębiorczości, inwestując tym samym w stabilne sąsiedztwo i tworząc przyszłe rynki zbytu. Dzięki środkom pomocowym polskie firmy dostarczają, np. sprzęt ratowniczy i strażacki do krajów tak odległych jak Mjanma/Birma. Pomoc rozwojowa staje się coraz ważniejszym instrumentem polityki zagranicznej, poprzez który Polska może ułatwiać realizację swoich interesów za granicą. Jeśli będzie robiła to efektywnie i sprawnie, uczyni nasze otoczenie międzynarodowe bardziej stabilnym i bezpiecznym.

Naturalnie na udzielanie pomocy innym nie możemy patrzeć wyłącznie w kategoriach własnego interesu i korzyści. Ostatecznie najważniejszym celem i beneficjentem musi być człowiek, który ma prawo do życia w swoim kraju w dobrobycie, poczuciu godności i bezpieczeństwa. Dlatego motywacji różnych państw do udzielania pomocy jest wiele: aspekty moralne (należy pomagać słabszym), historyczne (spłacanie długów wobec dawnych kolonii), polityczne (wspieranie demokracji, umacnianie sojuszy) czy gospodarcze (np. otwieranie rynków zbytu).

Według ostatnich badań opinii publicznej na ten temat z 2015 r. zdecydowana większość Polaków (65%) popierała udzielanie przez Polskę pomocy krajom słabiej rozwiniętym. Największa grupa uważała, że powinno to wynikać z chęci rewanżu za pomoc okazaną Polsce w przeszłości (46%) i obowiązku moralnego (44%). Obok tych szczytnych motywacji warto jednak bardziej docenić także własny interes, jaki mamy w pomaganiu.

Jak tłumaczyła wspomniana amerykańska ekspertka: „Pomoc zagraniczna jest konieczna, a jeśli jest udzielana z głową, jest też efektywna kosztowo. Wojna jest droga. Zwalczanie terroryzmu w upadłych krajach jest drogie. Pomoc zagraniczna to najtańsza polisa ubezpieczeniowa, jaką możemy kupić sobie jako państwo”.

Jeśli więc rodzina z Sanoka, Zabrza czy Kartuz chciałaby zapytać, dlaczego Polska wydaje pieniądze na pomoc na Ukrainie czy w Senegalu, odpowiedź jest ta sama. To nam się zwyczajnie opłaca.

Autor: Patryk Kugiel, Główny Analityk, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych

w górę

Tagi